Ta recenzja ukazała się wiosną 2003 roku w drugim numerze pisma Przemytnik ("autonomiczne wydanie online Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego Pogranicza") ale zanikła z jego dostępnych online zasobów archiwalnych wraz z całym numerem w niewyjaśnionych okolicznościach - prawdopodobnie na skutek konfiskaty przez służby graniczne :-) 

pacyfka monika anna maia pogoda

pacyfka

SNY O POTĘDZE

Garść osobistych refleksji o Dwóch Wieżach



Aragorn: This is a dream.

Arwen: Then it is a good dream.



Kiedy ekranizacja drugiej części kultowej trylogii Tolkiena Władca Pierścieni: Dwie Wieże pojawiła się w kinach, wszystkie frakcje kulturosfery zareagowały w sposób doskonale przewidywalny. Ortodoksyjnie nastawieni fani drobiazgowo wyliczyli reżyserowi i scenarzyście Peterowi Jacksonowi wszystkie skróty i odstępstwa od książkowego oryginału, każde z nich obkładając oddzielną anatemą. Wysokie kręgi kulturalne zbyły sprawę wzruszeniem ramion, bo to fantastyka, komercja, walki na miecze i czarostwo. Niektórzy zdobyli się na recenzje, dające się za każdym razem streścić w jednym zdaniu: „Po co wydano tyle pieniędzy na efekty specjalne w tak banalnej i patetycznej historii”. Cóż, jeśli opowieść o losach Powiernika Pierścienia i jego przyjaciół wydaje się trywialna, świadczy to o jakiejś chorobie naszych czasów. Dzieła uznawane za „wielkie” widać muszą opowiadać tylko o złu i patologii, o pograniczach, rozmytych granicach, rozdarciach i niemożności oddzielenia światła od ciemności; dobro, przyjaźń, wierność i szlachetność w czystej postaci nikogo nie przekonują. Autorzy ww. recenzji musieli już zapomnieć, czym są baśń i epos. Władca Pierścieni bowiem operuje wszystkimi zasadniczymi elementami tych konwencji.

Rozbudowana i pełna szczegółów fabuła czterystustronicowej książki w oczywisty sposób musiała ulec skróceniu i wiadomo było, że zmiany owe znajdą zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Ja osobiście uważam, że Frances Walsh, Philippa Boyens i Peter Jackson, którzy pracowali nad scenariuszem, są mistrzami optymalizacji i kompilacji. Łącząc wątki i przesuwając je na skali chronologicznej nie zmieniali ich znaczenia i wymowy, a wydobyli z opowieści to, co było w niej najistotniejsze, sam szpik szkieletu tej historii (vide – przeorganizowanie powrotu Eomera i jego oddziału). Dodali także kilka pozornie nowych elementów, których w narracji Tolkiena nie znajdziemy, a które bardzo istotnie podkreśliły sprawy w książce przewijające się bardziej pomiędzy wierszami niż przybierające kształt konkretnych wydarzeń: miłość Arweny i Aragorna i jej dramatyzm związany z odejściem elfów ze Śródziemia. Liryczne rozmowy między zakochanymi i Elrondem (w przepięknym języku sindarińskim – to trzeba usłyszeć!) uświadamiają widzowi, na czym polega problem uczucia tych dwojga, z których jedno jest człowiekiem, a drugie elfem. Elrond tłumaczy córce, czym jest śmiertelność – przybiera to wizualnę formę niezwykle sugestywnej wizji wiecznie pięknej i młodej Arweny w czarnych szatach, płaczącej nad katafalkiem siwego Aragorna. Zwieńczeniem tej sekwencji filmu jest rozdzierająca scena, w której procesja elfów, najpiękniejszych, najmądrzejszych i najszlachetniejszych istot Śródziemia, z lampkami w dłoniach wyrusza na Zachód, by odpłynąć do Nieśmiertelnych Krajów. Dramatycznym zaakcentowaniem tego odejścia jest śmierć elfów-wojowników w Helmowym Jarze – jedna z bardziej kontrowersyjnych innowacji twórców filmu. Udział łuczników z Lorien i Rivendell w obronie twierdzy Rohanu nie zmienia nic w konstrukcji fabuły, ale jest pięknym symbolem. Elfy stają w obronie ludzi i ich świata, ale nie walczą o władzę nad nim, bo zamierzają go opuścić – i opuszczają, odchodząc w śmierć. Agonia ich dowódcy, Haldira, upadającego pod ciosami uruków na ciała poległych towarzyszy, także jest podróżą do Nieśmiertelnych Krajów. Niezwykle piękna to scena, pozbawiona zarówno anatomicznej, jak i batalistycznej dosłowności; jest tylko gasnący wzrok elfa, pokaleczone twarze innych zabitych, które on widzi, i śpiew – melancholijna, pełna bólu pieśń odchodzących Pierworodnych Dzieci Eru. Cała Trylogia Tolkiena przesycona jest właśnie owym tęsknym klimatem upadku, końca pewnej epoki. Lud, który był najpiękniejszą ozdobą Śródziemia, źródłem kultury i cywilizacji, musi odejść, gdyż jego czas się skończył. Jackson genialnie to pokazał.

Równie subtelnie, bez ani jednego zbędnego słowa, samą mimiką i gestem zaprezentowano nieszczęśliwą miłość Eowiny do Aragorna. Miranda Otto, o idealnej do roli urodzie, wspaniale poradziła sobie z wieloaspektowością postaci księżniczki Rohanu, która jest jednocześnie półcywilizowana i szlachetna, wojownicza i uczuciowa. Cała wizja ludu Krainy Koni, jasnowłosych, prawych, choć nieco dzikich, o surowej kulturze materialnej wojowników, podkreślona irlandzką muzyką jest estetycznym majstersztykiem.

Innym wspaniale wydobytym przez twórcę filmu aspektem historii Pierścienia jest sama psychologia wojny. Pacyfistycznie pokazany dramat cywilów, żegnających się z synami, mężami i ojcami i oczekujących na ich powrót miesza się z patriotycznym zaangażowaniem, prezentowanym przez Meriadoka, nawołującego entów do udziału w wojnie – bo przecież “też są częścią tego świata”. Rzec możnaby niemal, że jest to film wojenny, a nie fantastyczny, tak prawdziwie pokazuje wojnę, jej okrucieństwo i wynaturzenie – i to bez epatowania tryskającą krwią, bez wypruwania flaków i naturalistycznej śmierci. Idący na Helmowy Jar urukowie przerażają swoją żądzą krwi. Zakuci są w zbroje, spod których widać jedynie wyszczerzone kły. Zło jest pozbawione twarzy, bo ono tkwi w masie, a nie w jednostce, która wyizolowana z tłumu, bez oparcia w liczebnej przewadze, skazana na własne kompetencje decyzyjne i zmuszona do podjęcia osobistej odpowiedzialności często traci skłonność do agresji i przemocy. Dobro zawsze ma twarz, jest indywidualne, ludzkie (bądź nad-ludzkie – elfickie). I piękne.

Nikt nie jest doskonały; także i Peter Jackson popełnił w swym filmie kilka, nazwijmy to, niekoherencji. Pewna scena z obrony Helmowego Jaru – będąca w zamierzeniu ukłonem w stronę subkultury skejtów? - jest dość głupawa; jeszcze gorsze bywa zachowanie jednego z członków drużyny, które co prawda pasuje do obyczajowości ludu krasnoludów, tyle że tej nakreślonej przez Sapkowskiego, a nie Tolkiena. Te komercyjne (?) czkawki można jeszcze wybaczyć, ale nic nie usprawiedliwia kompletnego zafałszowania postaci Faramira, który w książce był charakterologicznie odwrotnością swego starszego brata, a w filmie stał się niemal jego wierną kopią. Widocznie dla “udramatyzowania” fabuły potrzebna była postać niejednoznaczna, wahająca się, wewnętrznie sprzeczna; może ta wątpliwej próby psychologia miała zniwelować rzekomą “papierowość” innych, jednoznacznie szlachetnych bohaterów.

O pięknie górskich krajobrazów, rozwianych grzyw końskich, o walkach i efektach specjalnych dość napisano w innych miejscach; do historii kina wejdzie zapewne animowany cyfrowo Gollum, który wiodąc ze sobą samym wewnętrzne spory musiał wykazać się sprawną mimiką twarzy. Jednak nie te niewątpliwe atuty filmu przesądzają o jego wartości, ale fakt, że pomimo wszelkich koniecznych i niekoniecznych zmian ekranizacja zachowuje niepowtarzalną, urzekającą atmosferę książkowego oryginału: klimat świata, którego główną cechą jest klarowność i wielkość, w przeciwieństwie do doświadczanych przez nas na codzień mierności i niejednoznaczności. My, mieszkańcy kontynentu oplątanego siecią światłowodów i asfaltu, naszpikowanego mikroprocesorami i komórkami, członkowie społeczeństw popadających w schizofrenię zadyszki pogoni za władzą i pieniądzem z jednej, a gnuśnego, zmechanizowanego komfortu z drugiej strony, zmęczeni kolejnymi aferami na wszystkich szczeblach, odnajdujemy w Śródziemiu mityczny ideał świata czystych rzek i bezkresnych lasów, zamieszkanego przez ludzi prawych, tworzących solidarne społeczeństwa pod opieką mądrych przywódców, w którym nikt nie pyta, czy ten ork mordujący z lubością bezbronną kobietę miał ciężkie dzieciństwo. To pierwotna tęsknota zepchnięta nie wiadomo jak głęboko przez cały pozorny blask współczesnej cywilizacji, tęsknota do niewinności i nieskażenia. Szczęśliwi, którzy potrafią przeskoczyć nad krępującym nas kulturowym schematem scjentyzmu i dają się porwać tej wizji. Chociaż na krótkie trzy godziny filmu.

Władca Pierścieni: Dwie Wieże, reż. Peter Jackson, scen. Philippa Boyens, Frances Walsh, Peter Jackson, Stephen Sinclair, muz. Howard Shore, Nowa Zelandia/USA, 2002.


warto obejrzeć:

http://www.lordoftherings.net

http://www.wladca-pierscieni.com/

http://www.wladca-pierscieni.pl

http://www.theonering.net

http://www.elvish.org